Krasowski R. - Jan Rokita. Anatomia przypadku.pdf

(2944 KB) Pobierz
Spis treści
Rozdział I. Droga do władzy. Lata 1988–1989
Rozdział II. „Solidarność” u władzy. Lata 1989–1993
Rozdział III. Utrata władzy. Lata 1993–1995
Rozdział IV. SLD wraca do władzy. Lata 1993–1997
Rozdział V. Solidarność znowu rządzi. Lata 1997–2001
Rozdział VI. Budowa czerwonego imperium
Rozdział VII. Rząd Millera. Upadek czerwonego imperium
Rozdział VIII. Narodziny Platformy
Rozdział IX. Porażka PO-PiS
Rozdział X. Rządy PiS
Rozdział XI. Epoka Platformy
Finał
Indeks nazwisk
Proszę opowiedzieć o solidarnościowej ekipie przed Okrągłym Stołem. I o swoich ówczesnych
poglądach.
Zostałem ściągnięty do Komitetu Obywatelskiego na spotkanie 18 grudnia 1988 roku,
w nagrodę za jakieś przemówienie, którego przypadkiem wysłuchał Geremek i uznał za błyskotliwe.
To było w Warszawie, przy ulicy Żytniej. W dziwnym miejscu chyba budującego się kościoła, który
jednak sprawiał bardziej wrażenie zapuszczonej ruiny. Przyjechałem tam z Krakowa, ze środowiska,
które się warszawskiej polityce przyglądało z dystansem, albo nawet sceptycyzmem. Krótko przed
Okrągłym Stołem opublikowałem tekst, głoszący, że to Józef Mackiewicz byłby najwłaściwszym
patronem dla antykomunistycznej opozycji. W latach osiemdziesiątych – trochę pod wpływem lektur
Mackiewicza i Besançona ukształtowałem sobie pogląd, że komunizm, także w wersji PRL-owskiej,
to w polityce absolutne zło. I że z tym złem trzeba się rozprawić. A opozycyjna Warszawa była
miękka, kunktatorska, niezdarna i pełna intryg. Zobaczyłem to na własne oczy na tym zebraniu.
I napisałem z niego poważną, choć lekko zgryźliwą relację dla „Arki”. Wieszczyłem wtedy dwa
niebezpieczeństwa, stojące przed właśnie co zawiązanym gremium. Po pierwsze – rozłamu ruchu
solidarnościowego, jeśli Geremek z Mazowieckim zechcą zmonopolizować kontrolę nad Komitetem.
A to nie było trudne, skoro owo gremium składało się z aktorów, pisarzy i akademickich profesorów,
ani nie rozumiejących polityki, ani nie umiejących jej poprowadzić. A po drugie, kapitulanckiej
ugody z komunistami, która doprowadzi do ludowych zamieszek. Bałem się, czy w ten sposób nie
sprowokują jakiejś ruchawki, która będzie nie tylko przegrana, ale zdyskredytuje prawdziwie
antykomunistyczny nurt opozycji. Pasjonowała mnie wtedy historia czasu poprzedzającego powstanie
styczniowe i przed oczami miałem piekło, które wywołał Wielopolski. W tej relacji dla „Arki” po
raz pierwszy w życiu delikatnie polemizowałem z Adamem Michnikiem, który wtedy na Żytniej
postawił tezę, iż nowo tworzący się Komitet musi odciąć się od radykalnych nurtów opozycyjnych,
aby zyskać wiarygodność w negocjacjach z komunistami. Zapadła mi zwłaszcza w pamięć taka jego
mocna fraza, że „trzeba postawić na to, że w aparacie komunistycznym zrodzi się myśl patriotyczna,
i to nawet jeśli ktoś uważa, że jest na to tylko 5 procent szans”. Ja się raczej zgadzałem
z Kołakowskim, który na tym zebraniu argumentował, że komunizm jest niereformowalny i – owszem
– można z nim paktować, ale tylko przy założeniu jak najgorszych intencji przeciwnika. Więc
wracałem z Żytniej do Krakowa z pewnym niepokojem, że w Warszawie takie założenie może już
być nieaktualne. Ale wszystko to byłoby relacją kompletnie nieprawdziwą i jednostronną, gdybym
nie powiedział rzeczy najważniejszej. Wracałem przede wszystkim absolutnie zachwycony tym, że
„Solidarność” w końcu ma szansę zrzucić nieznośne ubranko związkowo-dysydenckie i włożyć
porządny, powiedziałbym nawet – klasyczny, garnitur realnej polityki. Widziałem po prostu, że na
moich oczach zmartwychwstaje narodowa, polska polityka. Taka, jaką kiedyś w Krakowie robili
stańczycy i jaką znałem tylko z historycznych i filozoficznych książek. No i w jakiej strasznie
chciałem uczestniczyć.
Wierzył pan w Wałęsę jako skutecznego lidera?
Nie wierzyłem. Miałem z Wałęsą traumatyczne przeżycie, jeszcze jako chłopak, student,
enzetesowiec. I ono na długo zaważyło na moim późniejszym postrzeganiu Wałęsy. Widziałem
mianowicie Wałęsę na zjeździe „Solidarności” w 1981 roku. Uczestniczyłem w jego spotkaniu
z delegatami Małopolski w hali Olivii. Tam wygłosił kilkunastominutowe przemówienie, którego
główna myśl była taka, że dąży do takiej Polski, w której każdy rolnik będzie miał swojego
robotnika. Rolnik będzie dostarczał swojemu robotnikowi jedzenie, a robotnik dostarczy rolnikowi
maszynę. I to miał być podstawowy cel „Solidarności”. Ja to zapamiętałem jako doświadczenie
wstrząsające. W kręgu krakowskich studentów z NZS uważaliśmy wtedy, że Wałęsa jest… delikatnie
mówiąc, mało rozgarnięty. A władza w „Solidarności” wpadła w całkiem nieodpowiednie ręce. Nie
spodziewaliśmy się po nim wiele dobrego.
Czy to nie była raczej ekspresja inteligenckich ograniczeń w patrzeniu na politykę?
Nie sądzę. Nie jest ograniczeniem, ale raczej przejawem zdrowego rozsądku sceptycyzm
wobec przywódcy, który plecie takie rzeczy. W latach osiemdziesiątych stopniowo zmieniałem swój
pogląd na Wałęsę, nabierałem do niego szacunku. Było jego twarde zachowanie w czasie
internowania, była niezwykle poruszająca Nagroda Nobla, był cały ten wielki proces tworzenia się
legendy, który uczynił Wałęsę ikoną polskości tamtego czasu. To nie było tak, że byłem nastawiony
wyłącznie obrazoburczo. Ale wrażenie, że mam do czynienia z kimś dziwnym i myślowo jakoś
pokręconym, głęboko we mnie tkwiło, a nawet pozostało do dzisiaj. Przez to znacznie słabiej
działała na mnie jego charyzma, co ułatwiło mój późniejszy wybór z czasów wojny na górze. Mój
ówczesny sceptycyzm wobec Wałęsy nie był jakąś klasową niechęcią inteligenta do ludu. Bo Wałęsa
nie był zwykłym ludem. Miałem wrażenie, że lud nie jest jednak tak dziwaczny i myślowo pokręcony
jak on.
Do kogo z elity ówczesnej opozycji młody antykomunistyczny radykał z Krakowa miał
największe zaufanie?
Do bardzo antywałęsowskiego Romaszewskiego – mojego pierwszego nauczyciela polityki.
Do Jana Józefa Lipskiego, który na Żytniej ostro przeciwstawił się Geremkowi i Mazowieckiemu.
Także do Kuronia i Michnika, traktowanych przez komunistów jako „elementy antysocjalistyczne”.
Zwłaszcza w przypadku Michnika głęboko imponujące było jego zachowanie w więzieniu, odmowa
emigracji, sławny list do Kiszczaka i ostrożność względem kapitulanckich knowań episkopatu. On mi
się wtedy jawił jako człowiek broniący i rozumu, i honoru, zachowujący się w sposób politycznie
racjonalny, nie wchodzący w pakty z władzą z poziomu więźnia. Stąd moje zaskoczenie na Żytniej,
gdy Michnik najostrzej wyrażał potępienie dla solidarnościowych radykałów i domagał się
poszukiwania patriotów wśród komunistów. Byłem natomiast nieufny wobec postawy politycznej
biskupów i ich doradców z kręgu Stelmachowskiego, Stommy. Podejrzewałem ich, że są gotowi do
legitymizowania władzy bez spełnienia przez nią nawet minimalnych warunków. Kościelna prawica
tamtego czasu generalnie nie wydawała mi się godna zaufania. Widziałem w nich ludzi nie
rozumiejących dziejącej się wielkiej polityki i w dodatku pozbawionych męstwa, jakoś
zdumiewająco minimalistycznych. Nie, nie chodzi o zdradę, bardziej o przyduszenie rozumu
politycznego bagażem uległości i strachu. Nie zmieniłem zresztą zdania do dzisiaj, zwłaszcza po tym,
jak parę miesięcy później to właśnie środowisko pomogło wybrać Jaruzelskiego na prezydenta, co –
Zgłoś jeśli naruszono regulamin