Letnisko - Piotr Szordej.pdf
(
1229 KB
)
Pobierz
Rozdział I
1
Zwłoki unosiły się przy samej powierzchni wody, zaplątane
w przybrzeżne sitowie. Z daleka bardziej przypominały
porzuconą, namokniętą puchową kurtkę niż człowieka.
Tworzyły wynurzające się z wody pikowane wybrzuszenia i
tkwiły nieruchomo przy nieporuszonej jeszcze o tej porze tafli.
Może poleżałyby tydzień lub dwa, nie wzbudzając niczyjego
zainteresowania, gdyby nie dwaj poranni wędkarze
przechodzący obok.
- Sezon się na dobre nie zaczął, a ludzie już wyrzucają do
jeziora śmieci - zauważył jeden z nich.
- Wiosenne porządki.
- Przecież to już lipiec.
- Dla tych z Kolonii to czas porządków - upierał się drugi.
Kolonia Mikruty odżywała bowiem dopiero z pierwszymi
dniami wakacji. Otwierano na oścież zabite na głucho przez
pozostałą część roku okna w letniskowych domkach, grabiono
zbutwiałe liście i przywożono z miasta dzieci wraz ze
śmieciami. Odbywało się gremialne wietrzenie zaduchu
minionego lata. Mikruty zaczynały wypełniać się ludźmi,
muzyką techno i właśnie śmieciami. Albowiem był to już
jeden z ostatnich dzikich zakątków tak zwanej mazurskiej
przyrody, czyli dzikiej natury i letnicy czuli się tu jak u siebie
w domu.
- Polska to dziki kraj - stwierdził ten z wędkarzy, który
pierwszy poczynił spostrzeżenie o wyrzucaniu śmieci do
jeziora.
Potem splunął i wszedł w gumowych butach do wody po
kurtkę.
- A ty co? - zawołał za nim ów drugi, uparty. - Ekolog jakiś
jesteś?
- Puchowa kurtka stanowi obce ciało w pejzażu dzikiej
natury - rzucił za siebie sentencjonalnie ten pierwszy, bo był
bardziej wykształcony.
- Moim zdaniem właśnie pasuje do niej jak ulał - upierał się
po swojemu drugi. - To się nazywa jednością treści i formy.
Czyli jaki pan, taki kram. A nie żadne tam obce ciało.
Obce ciało już jednak na nich czekało.
2
Droga Agnieszko!
Sezon w Mikrutach wreszcie się zaczął. I to jest mój pierwszy
„sezonowy” mail. Ale żebyś tylko wiedziała, jak się zaczął!
Mamy nawet własnego trupa! Tak, tak! Trup jest nasz, bo nasz
domek leży najbliżej miejsca odnalezienia zwłok, czyli trup
leżał najbliżej nas. Nie tyle zresztą leżał, co pływał, gdyż to
topielec, a w zasadzie topielica. Maria, żona naszego lokalnego
szeryfa, wszystko mi opowiedziała, ale nawet gdyby nie
opowiedziała i tak bym wiedziała o wszystkim, bo tutaj wszyscy
wiedzą o wszystkim i o wszystkich.
No więc przyjechaliśmy wczoraj, czyli w sobotę rano po
piątkowym wysłaniu dzieci na obóz językowy do Anglii i jeszcze
nie zdążyliśmy się dobrze rozpakować, a tu taka nowina. Sama
powiedz.
Poza trupem mamy także wreszcie ciszę, spokój i świeże
powietrze. Trup jak trup, uważasz, już niejednego z naszego
jeziora wyłowili, ale wątek sensacji zawsze człowiekowi dobrze
robi. W Tatrach mają zabitych taterników, a u nas mamy
topielców.
Nawet nie wiadomo, czy ładna była ta Świtezianka, bo
podobno pływała tak sobie w wodzie długo, co najmniej ze dwa
tygodnie i trochę ją coś tam podjadło, zanim się wynurzyła.
Maria powiedziała tylko, że miała, znaczy ta Świtezianka,
długie, czarne włosy, więc pewnie była ładna, a takie to zawsze
mają problemy. Wiesz, co mam na myśli; miłość i te sprawy, a
potem to już nie pozostaje nic innego, jak skoczyć w mroczną
toń jeziora, skoro najpierw było się gotowym skoczyć za
ukochanym w ogień.
Ogień i woda, ot co, nikt jeszcze tego nie pogodził, a krew,
powiadają, to nie woda, zatem krew się polała, choć może
niedosłownie, bo akurat wylało się ze Świtezianki sporo wody.
Mąż Marii, Wojtek, zajmuje się tym wszystkim, zatem jestem
na bieżąco i będę cię też na bieżąco i o tym właśnie wszystkim
informowała.
Oczywiście jeżeli zechcesz, ale jak cię znam, to zechcesz.
Co poza tym?
A no nic. Wakacje, czyli nuda.
Pogoda dopisuje, cudze dzieci wrzeszczą za płotem, cudze
psy szczekają, cudze auta wymagają kąpieli.
Wszyscy właściwie wymagamy „oczyszczenia”, ale jak wejść
do wody, w której pływał trup?
Dobrze, że nasza chatka znajduje się tak bardzo na uboczu.
Psy szczekają tu ciszej, dzieci też drą się ciszej, tylko karoserie
wykąpanych aut puszczają nam zajączki.
Janek w swoim żywiole. Piła, młotki, gwoździe i tym
podobne, rozumiesz. Gapi się na nową piłę tarczową z
Praktikera i popija piwo na leżaku.
Świtezianka, brunetka, wcale go nie interesuje, bo znasz
Janka, on lubi tylko blondynki. Wynikałoby z tego
bezpośrednio, że mnie w związku z tym też lubi, ale obawiam
się, że nawet jeśli tak jest, to lubi mnie w pewnym sensie
pośrednio, bo jestem jego żoną.
Gdyby zatem okazało się, że Świtezianka nie utopiła się
sama, tylko ktoś ją utopił, to na pewno nie Janek przyłożył do
tego ręki.
Bo, widzisz, co innego mieć własnego zwykłego trupa, a co
innego niezwykłego, czyli zamordowanego.
Taki zamordowany jest cenniejszy, gdyż ściągnie więcej
turystów do Mikrut. I wszyscy się wtedy pożywimy, to znaczy
my z Jankiem akurat nie, bo nie kręcimy tu żadnych lodów,
tylko odpoczywamy. Ale taka na przykład ty, która robisz lody
Plik z chomika:
piotrbartz894
Inne pliki z tego folderu:
Śmierć w hotelu - Margaret Millar.pdf
(1998 KB)
Abbott Jeff - Adrenalina(1).pdf
(1843 KB)
Tom Clancy - Czerwony królik (Jack Ryan 11).pdf
(3207 KB)
Baldacci David - Sean King i Michelle Maxwell 02 - W godzinę śmierci.pdf
(2227 KB)
Baldacci David - Sean King i Michelle Maxwell 04 - Pierwsza dama.pdf
(2115 KB)
Inne foldery tego chomika:
003 Szkielet bez palców
006 Złoty centaur
007 Telefonował morderca
010 Złote kółka
016 Filiżanka czarnej kawy
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin