Józef Hen - Crimen.pdf
(
1359 KB
)
Pobierz
JÓZEF HEN
CRIMEN
OPOWIEŚĆ SENSACYJNA Z XVII WIEKU
ROZDZIAŁ I
Nadszedł ów człowiek od północnej strony, od wąskiej uliczki, co ją rymarze
zajmowali. Stałem ukryty za framugą okna i widziałem z góry, jak nadchodzi,
smukły, jak kot, co się podkrada, szablisko u boku podtrzymywał, żeby pałętając
się nie zawadzało. Idąc rozglądał się zdziwiony, niepewny, co tu się właściwie
dzieje, bo chyba jeszcze nic takiego mu się w życiu widzieć nie przydarzyło:
żeby domy tak martwo stały, bez ludzkiego w nich oddechu – jakby zaraza je
nawiedziła. Dziaduś siedział na ławie pod ścianą, daleko od okna, i nie mógł
widzieć, jak ów człowiek nadchodzi, a ja nie od razu mu powiedziałem, żeby się
zaś nie wystraszył. A najpierwem tego przybysza usłyszał, bo zanim się pokazał,
już kroki dudniły na klepce drewnianej, którą ulicę tu wyłożono, w całym Sańsku
echem się rozlegało, ale Dziadek nie słyszał, bo na uszy stary. Powiedziałem:
– Dziadku, pojrzyjcie, człowiek jakiś.
Dziadek uniósł się z ławy i spojrzał przez okno, ale nic nie dostrzegł, bo i na
oczy stary. Spytał:
– Mąż to czy niewiasta?
– Mąż.
– Tutejszy jakiś?
– Nie, dziadku, nietutejszy. Tutejszych nie ma, wszyscy pomknęli.
– Prawda, prawda, ale ty nie wysuwaj się, bo cię przydybie – przestrzegł
Dziadek. I ślinę przełknął, bom właśnie rybę w kuchni smażył, com ją rankiem w
Sanie był złowił, więc zapach się miły po pokojach rozchodził, i spytał Dziadek
niecierpliwie:
– Prędko strawę wyguzdrzesz?
A ów stał pośrodku rynku i rozglądał się, coraz bardziej swoją samotnością
zdumiony. Jak w śnie dziwnym, wznosiły się dokoła niego domy drewniane niby
pudła puste i ciszą odrętwiałe. Tylko kot czasem niespokojnie miauknął albo
ptak poruszył gałęzią i kwiecia nastrącał, bo nasadzili oni w Sańsku na ryneczku
jabłoni i wiśni, i wszystko to właśnie kwitło haniebnie. Podałem Dziadziowi rybę
z grochem, com go, znalazłszy w komorze, z czosnkiem ugotował i przetarł.
Dziadek rzucił się na to zgłodniały, palcami rybę darł i do ust wpychał, i wodą
kryniczną popijał. Nagle jeść przestał i zerknął nieufnie w stronę okna.
– Szlachcic to? – spytał.
– Szablisko ma ogromne – powiedziałem.
– Każdy zbój ma szablę, a szlachcicem być nie musi.
Musiałem Dziadziowi przyznać rację, bo ów mąż na rynku kim jest, wyrozumieć
nie można było. Tom tylko stwierdził, że wymizerowany. Wąs miał czarny i zarost
mocny, dawno nie golony, choć jeszcze nie brodę. Skórzany kaftan wytarty do
cna, buty też szmat drogi musiały pokonać. Pieszo tu przyszedł, myślałem sobie,
a chociażem był mały, przecież to wiedziałem, że szlachcic nierad w drogę bez
konia ruszy.
Zastukał do jednych drzwi, do drugich, wrócił na środek rynku, jeszcze raz
przebiegł wzrokiem po pustych oknach.
– Hej! – krzyknął stojąc w słońcu. – Hej, wy! – Odczekał chwilę i znowu: –
Hej, ludzie!
Ale nie za głośno. Niepewnie jakoś krzyczał. Głos miał zdarty, przecież miło
brzmiący. Dziadek nic nie słyszał, jadł i mlaskał. A onemu mężowi na rynku
gorąco się widać zrobiło, bo uszedł z jasności w cień drzew, rozpiął pas i rzucił go
pod pień jabłoni, rozpiął kaftan i wtedy kolczuga się ukazała, wprawdzie podarta,
ale przecież…
– Dziadku – powiedziałem. – Pewnie rycerz, bo druciankę na sobie ma.
– A ty uważaj przy tym oknie, bo się sekret wyda – przestrzegł znowu Dziadek.
– Nie znajomy ci on? – spytał bojaźliwie.
– Nie.
– Nie Hlebowicz to przebrany?
– A Hlebowicze ludzie możni? – spytałem.
– Ho! – zawołał Dziadek. – Ho, ho!
– Ten biedny…
– To dobrze – uspokoił się na chwilkę Dziadek. Ale zaraz zatrwożył się: – Do
wszystkiego oni zdolni, do każdego szalbierstwa, zapamiętaj!
– Wiem, Dziadziu.
– Będziesz mi wierny, to ci imienie całe zapiszę. Panem zostaniesz nad
Niemnem najbogatszym.
– Ja wiem, Dziadziu, ale ja bym chciał szybciej do Ziemi Świętej.
– Dojdziemy – zapewnił Dziadek.
– Daleko jeszcze? – spytałem.
– Sporo. Sił w tych komnatach nabierzemy i dalej w drogę. Na święty Marcin
będziem.
Ten człowiek siedział oparty o pień jabłoni i pożywiał się tym, co w saku ze
sobą przyniósł. Jadł zamyślony i chyba bez upodobania, czy że specjały to były
żadne, czy też troskami zgnębiony. Nagle cofnąłem się w głąb pokoju, bo mi się
zdało, że on patrzy w moją stronę i to tak, jakby mnie dostrzegł.
– Na święty Marcin zimno – powiedziałem ukrywszy się za framugą.
– Tam zawsze ciepło – uspokajał Dziadek.
Ow człowiek na rynku nagle wstał, okruchy z kaftana strzepał i znowu spojrzał
w stronę naszego okna. I naraz, chwyciwszy pas i szablę, dźwignął się.
– Idzie! – zawołałem.
– Kto? Dokąd? – Dziadek obruszył się, jakbym go ze snu wyrwał. Pewnie
myślami był w Ziemi Świętej albo zgoła w trybunale, Hlebowiczów niecnych
gromiąc.
– Ów człowiek! Ku nam idzie!
– To od nich! – zaskowytał Dziadek. – Nasłali, zdrajcy! Ukryj mnie, ukryj,
Cyrylku, na wdzięczność zarobisz…!
Ten człowiek już do drzwi na dole stukał, a że nikt się nie odzywał, nacisnął
klamkę, drzwi ustąpiły i zaraz schody zaskrzypiały. Dziadek dosłyszał.
– Wspina się – szepnął.
Zdążyłem powiedzieć:
– Uspokójcie się, Dziadziu, on dym zobaczył i dlatego ku nam się zwrócił.
Usta obetrzyjcie, bo niechędożnieście jedli.
Dziadek posłuchał bez urazy, usta zaczął obcierać i właśnie kiedy to uczynił,
drzwi się otworzyły i ten człowiek stanął na progu. Zmierzył nas spojrzeniem
posępnym i nieufnym. Dziadek się zestrachał tak, że się w ścianę omal z ławą
nie wcisnął, i tylko wodził za onym przybyszem poczerwieniałymi jak u chorego
ptaka oczyma. Ów stał i milczał. Nagle wargi mu spierzchnięte rozmiękły, nosem
pociągnął.
– Ryba? – spytał.
Kiwnąłem głową. On do sionki przeszedł, popatrzył, do izby wrócił i
powtórzył, teraz już głośniej:
– Poczęstujesz?
– Bierzcie, panie.
A Dziadek milczał, jak to jego zwyczajem przy obcych ludziach.
Położył ów rybę na jęczmienny placek, który z saka dobył, i przez chwilę
jadł wcale się nie odzywając. Dziadek pozierał poczerwieniałym okiem i dychał
głośno.
– Ty łowiłeś? – spytał ów człowiek.
– Ja – pochwaliłem się.
– Wędką czy więcierzem?
– Rękami.
– Zręcznyś!
– W Sanie ryb chmara. I w Strwiąży są – dodałem modestię udając, a z
pochwały zadowolony.
– Ludzie gdzie? – spytał on.
– Mieszczanie? – upewniłem się.
– No, o mieszczan pytam, pewnie.
Spojrzałem na Dziadusia, ale on milczał, tylko powietrze otwartymi
ustami głośno łowił. A może go już przy nas nie było, może znowu z rodziną i
Hlebowiczami wojował. Odpowiedziałem:
– Uszli.
– Przed Tatarami? – spytał przybysz.
– Nie, panie. Przed swoimi.
– Czemu to? – spytał ów gość, lubo bez zdziwienia, jeść nie przestając.
Dziaduś milczał, to ja odpowiedzieć musiałem:
– Chorągiew ma tu na stancję zjechać… chleb wybierać.
– I dlatego? – mruknął przybysz.
– Dlatego. Zabrali się i poszli.
– Ale widzę, że nie ze wszystkim. Stoły, ławy, łoża zostawili.
– Z węzełkami i chudobą poszli – powiedziałem.
– A dokąd?
– Gdzieś na południe, do bukowych lasów. Ale tego lepiej nie rozpowiadać –
zastrzegłem się.
– A to piękna impreza! – zawołał ów człowiek, oczy mu się zaświeciły,
teraz zauważyłem, że niebieskie były w onej ciemnej oprawie, a lepiej mu się
przyjrzawszy odgadłem, że młody jeszcze, chociaż zarost czarny tu i ówdzie
srebrno błyszczał.
– Słyszałeś kiedy o czymś podobnym? – radował się.
Plik z chomika:
bibliotenka
Inne pliki z tego folderu:
Robert Louis Stevenson - Pawilon na torfowisku.zip
(1127 KB)
Irving Stone - Grecki skarb.djvu
(3239 KB)
Swietłana Aleksijewicz - Czasy secondhand.djvu
(2045 KB)
Ariel Dorfman - Niania i góra lodowa.djvu
(2024 KB)
Kurt Vonnegut - Recydywista.djvu
(1416 KB)
Inne foldery tego chomika:
audiobooki
czasopisma
Ekranizacje
gotowe
inne
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin